Poniżej kopiuje doskonały tekst znaleziony wczoraj na Henia blogu a jest on profesjonalnym dopełnieniem moich artykułów nt magii kościoła rzymskiego.
Czegoś takiego brakowało mi od dawna. A tu proszę...bach (nie mylic z Sebkiem Bachem) jest. Na ten temat miałem wiedzę szczątkową.
Ogólnie do tej pory było tak jeśli chodzi o prawdę, że była ona jak pocięta kartka papieru z zagubionymi częściami. Tudzież jak zagubione puzzle. Teraz ta prawdę odnajdujemy dzięki internetowi, łączymy zagubione części dzięki burzy mózgów, takim stronom jak
zbawienie.com czy mój skromny blog.
Jak niektórzy moi czytelnicy wiedzą niedawno dokonałem apostazji. Tutaj relacja:
http://detektywprawdy.blogspot.com/2012/12/w-piatek-dokonaem-apostazji.html
Miałem do niej kilka podejść i teraz jestem całkowicie przekonany, ze przeszkadzały mi w niej jakieś byty duchowe. Zapewne demony.
Podobny problem ma obecnie moja żona. Od kilku dni nie może się skontaktować ze swoja koleżanką potencjalnym świadkiem.
Według mojej wiedzy najbardziej magia krk dotyka ludzi idących w stronę dobra, to ich na różne sposoby prześladuje. Kiedyś mój były ojczym, który mnie na marginesie nienawidził, ale widząc moje starania w kierunku pracy i na innych płaszczyznach powiedział tak: ty to nie masz szczęścia w życiu.
Zło, demony nie prześladują ludzi złych bo nie maja po co. Ci są już kupieni: kłamią, kradną, oszukują, oglądają pornografię, zdradzają, niszczą innych ludzi etc. Demony nękają osoby idące w stronę Jezusa. Liczą na to że pech, np brak pracy, czy rozbity samochód ich załamie i pójdą w stronę zła. Często tak sie dzieje.
Kilka lat temu, tuż po ślubie miałem serię ataków z różnych stron, urzędowych, rodzinnych itd. Wczęsniej nie chodziłem do kościoa czyli byłem wg autora tekstu jedynie zapieczetowany. Sakrament małżeństwa byl dla mnie wejściem do pomieszczenia gdzie podpisuje się cyrograf.
Sporo przed apostazją zrobilem wielk krok oczyszczający: pozbyłem sie wszelkich dewocjonaliów, za co byłem trochę "ścigany". Jednak miałem wybór albo tkwic w prześladującym mnie pechu albo wyjść z kościoła i raz na zawsze rzucic tą piekielna organizację.
DEFINICJA - czyli kto jest złodziejem?
Jako były członek katolickiej organizacji religijnej przez kilka lat
zmagałem się ze skutkami tego kontaktu. To, czego doświadczyłem ja sam,
jak też moi czytelnicy, którzy opisywali mi swoje przeżycia, utwierdziło
mnie w przekonaniu, że sprawa jest bardzo poważna i złożona. Dodatkowy
problem pojawia się na skutek społecznego tabu nakładanego przez wieki a
dotyczącego kościoła w ogóle. Na temat religii lepiej jest nie
rozmawiać w ogóle - zarówno w aspekcie pozytywnym (podejrzenie o
nawiedzenie) jak i negatywnym (skala reakcji od obojętności aż po czynną
wrogość). Dlatego też teksty lepiej jest publikować pod pseudonimem a z
ludźmi rozmawiać incognito, bo publiczne ujawnienie się rodzić może
niebezpieczeństwo (w samych tylko listach grożono mi kilkakrotnie a jad
sączący się z ust chrześcijan każe się poważnie zastanowić nad źródłem
tej nienawiści).
Pierwsza była intuicja, wnioski sformułowałem później. Prawdziwa
natura działań kościelnych jest odmienna od ogólnie panujących poglądów i
pozorów jawiących się w kontakcie z kościołami. Oceniam ją jako
skrajnie negatywną, obliczoną na konkretne skutki. Pierwszy etap moich
rozważań to stwierdzenie, że KOŚCIELNI FUNKCJONARIUSZE KRADNĄ LUDZIOM
DUSZE. Żeby być dobrze zrozumianym wyjaśnię jak rozumiem pojęcie duszy.
Dusze, to centra mocy człowieka. Mają ona naturę namacalną w tym
znaczeniu, że nie należą do jakiejś niedostępnej, duchowej sfery, tylko
że ich obecność jest potrzebna człowiekowi do normalnego funkcjonowania.
Tak wierzą ludy szamańskie. Jest to podstawowe centrum człowieka, które
sprawia, że jest on zdrowy, wolny i może normalnie funkcjonować. Duszę
można utracić. Stan utraty duszy był przedmiotem szczególnych starań
szamanów - jej odzyskiwanie pozostawało i pozostaje nadal jednym z
najważniejszych działań na szamańskiej ścieżce. Utrata duszy może
zaistnieć na skutek bolesnych doświadczeń życiowych, choroby, wypadku
albo intencjonalnych działań osoby trzeciej czyli mówiąc wprost, na
skutek praktyk magicznych. Takimi praktykami magicznymi posługują się od
stuleci kościoły aby pozyskiwać w magiczny sposób moc na rzecz
funkcjonowania swojej organizacji, a precyzując pojęcie, tzw. egregora
[2]
. Proces ten następuje podczas sprawowania sakramentów, ale także
poprzez systematyczne rzucanie klątw na członków kościoła. Te klątwy
nieustannie rzuca się z ambon, publikuje w książkach i puszcza w eter za
pośrednictwem rozgłośni radiowych. Klątwy te są jawne tj. odbiorcom
wydaje się, że rozumieją sens słyszanych słów ale jeśli wsłucha się w
nie osoba wolna to wychwyci tam od razu negatywne treści. W powstającej
obecnie książce, o której już wspominałem na wstępie, załączam przykłady
takich klątw.
Rzesze zaklętych ludzi wiodą swoją egzystencję nie zdając sobie
sprawy z tego, że są częstokroć jedynie w połowie ludźmi, bowiem swojej
drugiej połowy, którą im ukradziono, nigdy nawet nie poznali. Tak, jakby
wśród rzeszy ślepców ktoś nagle zaczął mówić o wzroku - taka jest też
mniej więcej moja sytuacja, kiedy rozmawiam z ludźmi na ten temat. Jest
to trudne ponieważ jestem często uważany za wariata a innych jeszcze za
wroga. Niektórzy zarzucają mi paranoję. Prawdę mówiąc nie dziwię się
temu. Tak, jestem szalony, gdyż tylko szaleństwem można pokonać ten
lodowaty powiew ziejący z kościelnych otchłani i tylko paranoiczną
prowokacją można wyciągnąć spoczywających tam ludzi. Nieświadomi tortur
jakim są poddawani twierdzą, że żyją w szczęśliwości, niczym więźniowie
reedukacyjnego obozu maoistowskiego reżimu. Jeszcze inni spontanicznie i
samoistnie obudzeni przedwcześnie, poddawani są jeszcze większym
torturom poprzez wtłaczanie poczucia winy, modlitwy (klątwy)
wspólnotowe, nazywane także modlitwami o uwolnienie od złego ducha. Mnie
samemu podczas takiej modlitwy, trwającej dziewięć nocnych godzin i
prowadzonej przez grupę dziewięciu osób, w tym księdza, przylepiono tak
zajadłego demona, że skutki jego działania odczuwam do dzisiaj. Działań i
sposobów jest wiele. Opiszę je szczegółowiej w mojej książce. Przede
wszystkim są to sakramenty, od chrztu poczynając.
SAKRAMENTY
Jest siedem sakramentów. Chrzest, bierzmowanie, spowiedź, komunia,
małżeństwo, kapłaństwo, namaszczenie chorych (zwane ostatnim
namaszczeniem). Pod pozorem czynności sakralnych zakłada się ofiarom
tzw. pieczęcie. Sami kościelni funkcjonariusze nazywają sakrament
bierzmowania Pieczęcią Ducha Świętego.
Jaką naturę mają pieczęcie jako takie? Służą między innymi do: 1)
sygnowania dokumentów - jako znaki ich autentyczności, 2) oznaczania
własności, 3) pieczętowania komisyjnie zamkniętych pomieszczeń, 4)
zamykania tajnej korespondencji 5) znakowania bydła itd.
Po co zatem pieczętować ludzi? Jeśli człowiek jest wolnym podmiotem,
to nie potrzebny mu znak autentyczności; nie jest też bydłem chociaż
symbolika owczarni swojego pasterza sugeruje, że jednak może nim być;
nie ma w nim nic tajnego ani nie trzeba nic w nim zamykać. A jednak
ludzi się pieczętuje. Ma to oczywiście wymiar symboliczny a dokładniej
mówiąc magiczny. Magiczne pieczęcie stosowane były i są przez niektórych
magów między innymi do pętania demonów w celu zaciągnięcia ich na
służbę. Bogata w symbolikę pieczęci jest też Apokalipsa Jana, który to
wątek szerzej poruszam w swojej książce. Tutaj chciałbym wyjaśnić, że
religia chrześcijańska wpisuje się w jeden, wspólny rys religii
monoteistycznych, które to posiadają naturę demoniczną i stanowią pole
działania sił wrogich człowiekowi. Zarówno judaizm, chrześcijaństwo oraz
islam są z natury wrogie człowiekowi. Do tego tematu jeszcze wrócę.
Rytuały jako takie można z grubsza podzielić na dwie kategorie:
otwierające i zamykające. Do otwierających należą np. buddyjskie poła
[3]
, obrzęd szałasu potów, hiperwentylacja zwana oddychaniem holotropowym,
rytualne stosowanie grzybów halucynogennych wśród adeptów tradycyjnych
kultur szamańskich
[4]
, rytuał pentagramu. Natura tych rytuałów jest otwierająca i
uwalniająca. Rytuały zamykające stosuje się jedynie intencjonalnie, w
konkretnych przypadkach i jawnie. Do rytuałów zamykających należą:
wypędzanie ducha np. choroby, pętanie demona oraz sakramenty kościelne -
czynione jednak podstępnie i z ukryciem ich prawdziwej natury.
PRZYKŁAD CHRZTU. Kościelny sakrament chrztu jest rytuałem magicznym
pętającym duszę dziecka (kościół chrzci również sporadycznie dorosłe
osoby). Na głowie ofiary kapłan kreśli palcem umaczanym w poświęconym
oleju znak krzyża, po czym egzorcyzmuje diabła i na końcu polewa głowę
trzykrotnie wodą wypowiadając odpowiednią formułę: ja ciebie chrzczę...
itd.
Symbolika krzyża jest wieloznaczna. Na przykład w tradycjach
szamańskich oznacza kierunki świata. W tradycji chrześcijańskiej jest
jednak związana z rzymskim narzędziem tortur i egzekucji wykonywanych na
ludziach podrzędnej kategorii (Rzymian, posiadających prawa
obywatelskie, ścinano). Krzyż służył do śmiertelnego unieruchomienia
ofiary, tak aby skonała dusząc się pod ciężarem własnego ciała.
Skazańcom zwykle łamano piszczele. Mówi się, że z litości gdyż osoba z
połamanymi kośćmi nóg nie mogła się podnosić w celu zaczerpnięcia
oddechu i umierała przez to szybciej. Jest to także, a może przede
wszystkim, ślad starej wiary w to, że istota z połamanym szkieletem nie
mogła się odrodzić ponownie (zmartwychwstać) gdyż szkielet w bardzo
starej warstwie wierzeń jest źródłem życia i mocy. (W tym miejscu warto
wspomnieć, że według przekazu ewangelistów, Jezusowi piszczeli nie
połamano, co miało być wypełnieniem się starotestamentowego proroctwa)
Centrum odniesienia współczesnego chrześcijaństwa jest zatem
człowieczeństwo unieruchomione i przybite do narzędzia kaźni. Od wieków
ludzie spoglądają na ten symbol nie zdając sobie sprawy co on oznacza i
jakie konsekwencje ma nieustanne kontemplowanie tej treści. Czynienie
tego znaku na czole dziecka jest ukrzyżowaniem również jego
człowieczeństwa, jest symbolicznym unieruchomieniem jego istoty,
zależnej odtąd od woli swych oprawców i dysponentów mocy, którą odbiera
się ofierze w czasie sprawowania tego rytuału.
Wypędzanie demona nad nowonarodzonym dzieckiem jest zgubne w
skutkach. Stara magiczna zasada głosi, że nie ma znaczenia forma
gramatyczna zaklęcia. Jeśli ktoś zaklina bogactwo mówiąc niech nie będę
biedny, to skutkiem wypowiedzenia tej formuły może być tylko bieda.
Jeśli zatem kapłan woła szatana, wypędzając go z miejsca, gdzie go nie
ma, to demon najprawdopodobniej przylezie z ciekawości, że ktoś wzywa
jego imienia. Skutek egzorcyzmu - wokół ofiary gromadzą się demony, a
pracę mają ułatwioną, gdyż ochrzczony został właśnie pozbawiony duszy,
źródła swej mocy.
Wiele dzieci w czasie chrztu przeżywa koszmar. Dławią się one,
wpadają w spazmy, drgawki, sinieją, duszą się itd. Jako że kiedyś
asystowałem do mszy jako lektor, widziałem wielokrotnie takie przypadki.
Wielu moich czytelników opisuje doświadczenia z chrztu swoich dzieci
jako właśnie takie. Jedna z relacji opowiedzianych przez moją
czytelniczkę była taka, ze miała ona wizję swego chrztu, kiedy to
podczas polewania głowy wodą miała wrażenie, że zalewa ja od środka
czarna, śmierdząca maź. Ja sam podczas obserwowania kościelnych rytuałów
widzę rzeczy paskudne i złowieszcze. Kontakt z tym jest naprawdę
przykry.
PRZYKŁAD BIERZMOWANIA. Rytuał ten odbywa się poprzez znak krzyża na
czole, czyniony palem umaczanym w poświęconym oleju, wykonywany przez
biskupa lub innego kapłana w jego imieniu. Podczas tego rytuału biskup
wypowiada formułę: przyjmij znamię daru ducha świętego. W kościołach
wschodnich (prawosławnych) pieczętuje się całe ciało (czoło, usta,
gardło, klatkę piersiową - serce, dłonie i stopy) z formułą: pieczęć
daru ducha świętego. Prawosławie w tym przypadku stosuje metodę hurtową.
Można je nazwać po prostu zamykaniem trzeciego oka. Trzecie oko,
zwane w tradycji jogi czakramem anahata jest związane ze zdolnością
doświadczania wizji. Wizja jest istotną częścią percepcji człowieka, bez
niej jest się tylko tworem przekazującym treści z drugiej ręki. Wizja
uzdrawia, daje wolność i decyduje o kreatywności. Skutkiem powszechnego
wyłączenia tej zdolności u ludzi jest skrajna technologizacja życia i
regres cywilizacyjny, którego najjaskrawszym symptomem jest zastąpienie
wizji przez telewizję. Inni decydują o tym jakie treści i obrazy kierują
życiem naszym i naszej społeczności. Kościół przywiązuje bardzo dużą
wagę do mediów, które nazywa w charakterystyczny sposób "środkami
masowego przekazu". Stąd też pewnie owa walka o media toczona przez
znanego wszystkim zakonnika, właściciela jednej z kościelnych rozgłośni
radiowych. Kto ma władzę nad obrazem pokazywanym ludziom pozbawionym
wizji, ten ma faktyczną władzę nad nimi.
PRZYKŁAD SPOWIEDZI. Centralnym punktem tego rytuału jest osobiste
wyznanie swoich przewinień kościelnemu funkcjonariuszowi. W tradycji
katolickiej ofiarę nazywa się penitentem a spowiednik pełni rolę sądu.
Jeśli mamy sąd, to gdzie obrońca? Ofiara jest sama swoim
oskarżycielem (proszę zauważyć podobieństwo do publicznej samokrytyki w
państwach komunistycznych), nie ma obrońcy i jest poddawana sądowi.
Tradycyjnym gestem pokuty jest bicie się w pierś. Według moich
obserwacji ten rytuał ma przede wszystkim wpływ na sferę uczuć, dotyczy
ośrodka zwanego w tradycji indyjskiej czakramem serca. Przy czym
zaznaczam dosyć luźno nawiązuję do tej tradycji bowiem w innych
tradycjach można zauważyć podobne korespondencje władz psychicznych i
duchowych do ośrodków ciała (głowa - świadomość, serce - uczucia, splot
słoneczny - emocje). Czynię tak, ponieważ system czakramów z systemu
jogi dobrze zakorzenił się w świadomości adeptów Zachodu i dla wielu
moich czytelników jest on czytelny. Spowiedź może powodować
uzależnienie. Ofiara zaczyna skupiać się przede wszystkim na sobie,
bojąc się popełnić kolejne wykroczenie popada w rodzaj autyzmu
pomieszanego z narcyzmem. Sąd spowiedzi przypomina jej nieustannie, kto
jest jej panem i od kogo zależy. Penitent nie jest z definicji osobą
wolną - osoba wolna nie podlega sądowi. Pojęcie wolności jest tutaj
kluczowe.
EGREGORY I DEMONY
Zarówno egregory jak i demony stanowią realne byty rezydujące w
sferze, nazwanej ongiś w środowisku okultystycznym, astralną.
Psychologizacja czy też wręcz jungizacja
[5]
zagadnień związanych z magią i szamanizmem spowodowała, że demony
zaczęto postrzegać jako jedynie aspekty ludzkiego umysłu. Jestem
stanowczym przeciwnikiem takiego podejścia do sprawy. Psychologia jest
autonomiczną dziedziną i ma się do tłumaczenia pojęć magicznych oraz
wyjaśniania natury astralu, jak wspomniane już skrzypce do poziomnicy.
Szamańskie uzdrawianie to nie psychoterapia i odwrotnie. Podkreślam to
aby zawczasu wyeliminować próby psychologizacji poruszanych przeze mnie
kwestii. Takowe były już podejmowane w ramach oswajania moich skądinąd
niewygodnych poglądów. Temu się sprzeciwiam. Twierdzę stanowczo, że w
przestrzeni kościoła mamy do czynienia z niebezpiecznymi istotami i jest
to zagrożenie realne oraz namacalne. Piszę to jako szaman
[6]
, będący nim z powołania i wybrania, o które nie zabiegałem. Źródłem
mojego poznania w tej kwestii są wizje oraz szczególna percepcja będąca
wynikiem szamańskich działań, jak też przede wszystkim kontakt z ludźmi -
ofiarami chrześcijańskiego pieczętowania. Jeśli ktoś chce, może
oczywiście uznać moje wywody za przejaw konfabulacji, lub wręcz choroby
psychicznej, ale jestem na to przygotowany. Moje argumenty przeciw
religijnym - poruszamy się w tej samej przestrzeni, psychiatra nie ma tu
nic do gadania.
Demony korzystają z przestrzeni ludzkiego umysłu, jak z ekranu lub
fali nośnej. Czasami nie zachowują tej reguły i manifestują się
fizycznie, chociaż są to przypadki sporadyczne - wymagają zaangażowania
ogromnych pokładów mocy i można je porównać na przykład do spięć w
instalacji elektrycznej. Demony potrzebują ludzi, tak jak przestrzeń
Internetu potrzebuje komputerów, aby zamanifestować swoją treść na
ekranach monitorów. Internet jest realny i policzalny (choćby w systemie
binarnym) ale bez urządzeń peryferyjnych istniałby sam dla siebie.
Podobnie egregor kościelny ma naturę sieci, do której podpięte są jego
ofiary. Egregor ten ma nader paskudną naturę, bywają bowiem również
egregory o naturze bardziej neutralnej. Ten więc jest po pierwsze bardzo
stary, a po drugie uzależniony od ofiar, których ciągle mu brakuje. W
jego otchłani funkcjonuje wiele demonów a najpopularniejszym z nich jest
Szatan zwany też, nie do końca słusznie, Lucyferem. Pełni on naturę
strażnika, jak ktoś kiedyś słusznie spostrzegł. Jego zadaniem jest bycie
tym wilkiem czyhającym na owczarnię pana - owce boja się wychylić poza
stado i bardzo pilnują swego pasterza. Mają pozór bezpieczeństwa ale
muszą dawać się strzyc a niekiedy i dać zeżreć, chociaż odbywa się to po
cichu, tak aby inne owce się nie wystraszyły. Jeśli chodzi o Lucyfera,
to uważam jednak inaczej. Nie jest on tym samym co szatan-strażnik, jest
on drugą po demonie Jahwe (na ten temat w dalszej części tekstu)
postacią religii monoteistycznych. Jest panem demonicznego ładu. Odrywa
swe ofiary od samych siebie i zwodzi ich iluzorycznym światłem
doskonałości. Jawi się jako postać łagodna i doskonała. Jest niezależny
od egregora kościelnego, stanowi autonomiczne pole mocy obecne we
wszystkich prawie tradycjach.
Ostatnio zamanifestował się wiosną w Rzymie tak, jak to opisałem w kwietniu po jednej z doświadczonych przeze mnie wizji :
"Popatrzcie
na Jego oblicze - pełne anielskiej godności, pełne wdzięku i starczej
doskonałości. Przypatrzcie się temu faustowskiemu duchowi Teutona -
niczym sobowtór Adriana Lewrkühna, co zaprzedał duszę diabłu w zamian za
blask chwały i doskonałości. Habemus daemonium - oto mamy zło
najczystsze, najświetlistsze, piękną postać lucyferycznego autoramentu,
co usadowiła się w samym centrum świata. Diabelstwo zwyciężyło."
Innym, obecnie bardzo atrakcyjnym polem aktywności lucyferycznej jest
tzw. new age. Tematu tego jednak z oczywistych względów tutaj rozwijać
nie będę. Z lucyferyczną aktywnością możemy mieć do czynienia nawet w
tak zacnych tradycjach jak zen - niektórzy jego adepci omamieni
iluzorycznym światłem zaczynają uważać, że istnieje stan, w którym nie
ma wątpliwości i przez to zdolni są do niezwykłego okrucieństwa o jakie
np. posądzano Philipa Kapleau, o japońskich, samurajskich zbrodniach II
Wojny Światowej już nawet nie wspominając.
Drugi demon, stający jednak w centrum uwagi, to Jahwe - stary,
okrutny, i paskudy w swej naturze pustynny demon wojny i pogody. Stary
Testament, kronika jego działań, jest historią pisaną krwią. W swej
książce dokonuję szczegółowej analizy tekstu ST i przytaczam
najciekawsze przykłady. Jahwe początkowo zasilał się energią życiową
ofiar składanych z ludzi. Potem zadowalał się zwierzętami a w końcu,
samemu ewoluując, zapragnął ludzkich dusz.
Myślę, że egregory i demony mają naturę podobną do, dajmy na to,
ameby. Mogą się dzielić, klonować a dodatkowo jeszcze ewoluować i
mutować. Tak też było z Jahwe. W jednym polu mocy, takim superegregorze,
działają obecnie inne, spokrewnione ze sobą pola mocy. Inną naturę miał
pierwotny Jahwe, inną ma współczesny katolicki Ojciec a jeszcze inną ma
Allach. Zdaje się, że inny też jest duch protestantyzmu, ze swym
sojuszem zawartym z kapitalizmem jako głównym polem swej aktywności
[7]
. Obecnie dwa z tych egregorów zdają się walczyć ze sobą o rząd dusz -
islam i prostestanto- kapitalizm ścierają się na limesie cywilizacji
arabskiej i anglosaskiej a podłożem tego konfliktu jest ropa naftowa,
nazywana przez Nieńców, o czym wiemy od Leonida Lara, krwią diabła
[8]
. Temat ten jest wart osobnego potraktowania i z pewnością za jakiś czas do niego wrócę.
Ojciec - demon katolicyzmu, zdawał się słabnąć przez ostatnie
dziesięciolecia. Przypominał schorowanego starca, niedołężnego okrutnika
wykonującego swą władzę rękoma najemników. Nowy szef religijnej
organizacji katolickiej, wcielony duch lucyferycznego idealizmu
wieczystego, pokazuje jednak, że nastąpiło pewne przewartościowanie,
czyli prawdopodobnie znaleźli jakieś nowe źródła energii. Zauważam
jednak, że sfera ta jest nader pogmatwana, nie do końca jasna. Owe
demoniczne pola mocy nie mają jednoznacznie określonych granic, jedne
zdają się subtelnie przechodzić w drugie, stąd trudno nieraz określić
tożsamość danej siły. Są tutaj kształty powstałe na wzór sojuszu,
komensalizmu
[9]
, a nawet pasożytnictwa - posługując się modelowo terminologią
przyrodniczą. To jest mroczny i drapieżny świat a my jesteśmy jego bazą
pokarmową.
Oprócz tego egzystuje wiele pomniejszych demonów. Ich natura jest
podobna, przyczepiają się do swych ofiar i zasilają się resztami ich
mocy. Każdy poddany rytuałom kościelnym ma przypisanego sobie
przynajmniej jednego, indywidualnego demona, który jak cień, wlecze się
za nim całe życie. Rezyduje w jego umyśle, zatruwając go myślami o
poczuciu winy upośledzając go np. w dziedzinie seksualności
[10]
itd. Ostatnio miejscem wzmożonej aktywności demonicznej stały się spotkania na Lednicy
[11],
gdzie dominikanie gromadzą rzesze młodych ludzi poddając im zupełnie
nowym rytuałom. Każde doroczne, lednickie spotkanie kończy się pochodem
ofiar pod symbolicznym szkieletem ryby - są tutaj symbolicznie pożerani
przez egregora, który w tym przypadku manifestuje się w swojej
akwatycznej emanacji. Skutki tego procesu są poważne. Obserwując na żywo
jedno z takich spotkań widziałem, jak na ludzi spadają z góry niby
czarne płachty (jakby płaszczki, latawce) i okrywają ich sobą. Każdy z
uczestników składa dodatkowo ślubowanie i w efekcie pod pozorem
dobrowolności poddaje się we władanie demonów. Podejrzewam, że takie
spotkania organizowane są dlatego, że w ostatnich latach więzi wiernych z
kościołem znacznie się rozluźniły, za przyczyną chwilowej niedyspozycji
demona Ojca. Teraz straty trzeba nadrobić i stąd coraz więcej takich
zgromadzeń.
ANTIDOTUM
Co zrobić z całym tym problemem? Większość listów, które otrzymałem
było wołaniem o pomoc. Prawie wszyscy prosili mnie o podanie metod, za
pomocą których mogliby się wyzwolić z pęt i odzyskać swoją utraconą
duszę. Sprawa nie jest taka prosta. Jeden z moich czytelników,
zainspirowany moim tekstem próbował to zrobić poprzez odprawienie
pogańskich rytuałów na jednej z polskich świętych gór (chyba była to
Ślęża). Nie wiem jednak jakie były tego skutki.
W czasie mojej pracy nad tym zagadnieniem opracowałem propozycje
systematycznego i świadomego procesu odwracania skutków przyjęcia na
siebie sakramentów i pozostawania w polu mocy kościelnej organizacji.
Proces ten będzie przedmiotem prowadzonych przez mnie warsztatów oraz
szczegółowo opiszę go we wspominanej już książce. Tutaj podam go tylko w
formie konspektu.
1.
Etap formalny - wypisanie się z organizacji kościelnej. Co ciekawe
samo katolickie prawo kanoniczne przychodzi nam tutaj z pomocą.
Chciałbym aby było wiadome, że można skutecznie zaprzestać był członkiem
organizacji kościelnej i można zrobić to wręcz natychmiastowo.
2.
Etap rytualny - między innymi: rytuały łamania pieczęci (rytuały o
naturze otwierającej), ceremonia odnajdywania i sprowadzania duszy
(najtrudniejszy proces), rytuały i czynności wspomagające. Więcej w
książce oraz na warsztatach.
3.
Odwyk - likwidacja wszelkich śladów symboliki chrześcijańskiej z
otoczenia. Tutaj trzeba być bezwzględnym i bez sentymentów pozbyć się
nawet pamiątek. Można je zakopać, spalić albo najlepiej zanieść tam,
gdzie jest ich miejsce - do jakiegoś kościoła. Im mniej w tym będzie
emocji i złości tym lepiej. W ogóle należy się bezwzględnie wystrzegać
nienawiści wobec porzucanego środowiska chrześcijańskiego. Przedmiotów
tych powinniśmy się pozbyć bez niechęci a najbardziej zalecana jest
tutaj chłodna obojętność. Nie należy też przesadzać z miłością i
formułami wybaczania, tak modnymi w tradycji new age, która sama też
jest niezłym diabelstwem, ale nie czas i miejsce rozwijać ten wątek.
Najlepiej jest zająć się czymś zupełnie innym i pozwolić wygasnąć
pamięci. Przychodzi taki czas, że można już ze spokojem wejść nawet do
kościoła albo z ciekawością wysłuchać papieskiego przemówienia. Kiedy
osiągnąłem ten stan, byłem bardzo szczęśliwy. To jest najpewniejsza
oznaka wyzwolenia i pełnego sukcesu przeprowadzonych działań.
Ze wszystkich etapów najtrudniejszy jest ten, który przechodzimy
konfrontując naszą decyzję z otoczeniem, rodziną. Trzeba pamiętać, że
Polacy są szczególnie przywiązani do tradycji chrześcijańskiej. Chrzty,
śluby i prymicje stanowią ważny element funkcjonowania lokalnej kultury.
Adept, który dokona formalnej rezygnacji z członkostwa w kościele nie
może być chrzestnym, świadkiem ślubu, bierzmowania, nie będzie pochowany
przez księdza itd. To są poważne skutki i trzeba być na nie
przygotowanym. To jest siła i zajadłość kościelnego egregora, który tak
wpił się w tkankę społeczną, że uzależnił od siebie nawet sferę kultury i
obyczajów. Trzeba wiedzieć, że babcie, ciocie i mamy będą cierpiały z
tego powodu. To wszystko trzeba wziąć po uwagę. Ale mamy mały wybór -
albo wolność i poważne traktowanie siebie, albo niewola i w nagrodę
pozorny spokój. Kiedy już się wyzwolimy, to możemy jednak pociągnąć
innych za sobą. Ja sam wyzwoliłem już kilkadziesiąt osób i naprawdę było
warto.
CO DALEJ?
Jak już kilkakrotnie wspominałem, powstaje obecnie książka mojego
pióra, która zostanie wydana prawdopodobnie jeszcze w tym roku. Będzie
ona, zdaje się, pierwszą tego tupu publikacją dlatego jest to nader
trudne zadanie. Po pierwsze musze uporać się z ogromną ilością
materiału, który stanowią dane historyczne, tysiące listów e-mail od
czytelników oraz zapisy i dzienniki z przeprowadzonych działań. Nie
posługuję się aparatem naukowym ale musze zachować systematyczność
poruszanych kwestii gdyż inaczej wyszedłby z tego bełkot. Cały czas
bowiem poruszam się na granicy konfabulacji i potrzeba dużej uważności
aby umieć odrzucić to co wartościowe od strzępów wyłaniających się z
umysłowego chaosu. Do tego zdaje sobie sprawę z faktu, iż moje poglądy
stanowią mocną prowokację i musze być przygotowany na kolejne ataki ze
strony obrońców wiary. Cały czas zastanawia mnie ich zaciekłość i
bezkompromisowość w stosowaniu quasiinkwizycyjnych metod. Jest to jednak
dla mnie kolejny dowód tego, że podążam w dobrym kierunku. Jak to
powiadają
nie kopie się zdechłego psa. Nie mniej proces się już
rozpoczął i będzie kontynuowany. Dlatego już jesienią tego roku
zamierzam zorganizować pierwsze seminarium i warsztaty dla osób
pragnących rozwiązać problem swojego statusu w tej kwestii. Na razie mam
gotowy program i wstępny termin (koniec września lub początek
października) natomiast miejsce pozostaje kwestią otwartą - zależy ile
osób się zgłosi i skąd one będą.
Póki co wszystkim chętnym służę radą co do prawej kwestii wypisania
się z kościelnej organizacji, co jest wstępnym warunkiem kontynuacji
procesu łamania pieczęci. Osoby zainteresowane otrzymaniem takiej
instrukcji proszę o kontakt poprzez pocztę e-mail.
Cały czas podkreślam jako rzecz najważniejszą - nie wolno generować
żadnej nienawiści, złości, niechęci w stosunku do członków kościelnych
organizacji, osób duchownych - są to również ofiary. Negatywne emocje są
tym, czym demony karmią się najchętniej. Potrzeba rezerwy, dystansu i
wiele, naprawdę wiele WSPÓŁCZUCIA. Żadne z proponowanych przeze mnie
działań i rytuałów otwierających nie jest wymierzona przeciw czemuś lub
komuś. Nie wymieniam w nich w ogóle kościoła, nazw sakramentów itd. Są
one całkowicie neutralne i uwalniające. Przestrzegam też przed
stosowaniem jakoby pogańskich rytuałów, jakich przykłady miałem okazje
otrzymać od moich czytelników z prośba o ich ocenę, a będących w
rzeczywistości jakaś karykaturą, odczynianiem sakramentów poprzez
swoistą odwrotność znaków i symboliki. Jest to po prostu niebezpieczne a
nie daje żadnych efektów. Nienawiść i manifestowana niechęć to kanały,
przez które następuje ciągłe wracanie do punktu wyjścia czyli
zniewolenia. Ja sam zachowuję wobec duchownych i chrześcijan daleko
idącą życzliwość oraz poprawność obyczajów a dyskusje staram się zawsze
toczyć w dobrej atmosferze. Do tego samego namawiam wszystkich
pragnących się wyzwolić z pęt kościelnej niewoli. Nie daje się też
prowokować i przestałem odpisywać oraz czytać listy z kalumniami i
groźbami pod moim adresem - od razu je kasuję. Krytykę oraz dyskusję
rozumiem i lubię, walk na słowa prowadzić nie będę.
źródło:
http://www.taraka.pl/zloddusz